poniedziałek, 10 listopada 2014

Żali czy żalów?

www.wrzuta.pl
Jak brzmi dopełniacz rzeczownika żale? Oczywiście żalów
"Żal" to wyjątek od reguły, która mówi, że rzeczowniki zakończone na -l, przyjmują końcówkę -i - motyl-motyli, motocykl-motocykli, kąpiel-kąpieli, wafel-wafli. Zatem poprawnie powiemy wyłącznie "nie wylewaj żalów". 

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku Gorzkich Żali (możemy także powiedzieć Gorzkich Żalów), gdyż związki frazeologiczne rządzą się swoimi prawami (np. poczciwy z kościami, zamiast kośćmi). 


Przypomniała mi się sytuacja, gdy kilka lat temu, mój młodszy brat znalazł mój indeks. Przeglądając rubryki, trafił na stronę z wykładami, przy których nie było oceny tylko tzw. zalka ("zal"). I nagle stwierdził, że wcale nie jestem taką mądra za jaką mnie uważał. Co więcej, doszedł do wniosku, że muszę być naprawdę bardzo głupia, skoro aż wykładowcy wpisują mi ŻAL w indeksie :D

Pierwszy śnieg - Jo Nesbo

Chłopiec cierpi na dziwną chorobę genetyczną: nie ma sutków, a w przyszłości czeka go walka z ciężką przypadłością: bezwład kończyn czy ściągnięcie mięśni. Jego matka twierdzi, że to po jej ojcu, który borykał się z podobną chorobą. Jednak chłopiec oglądając rodzinne albumy dochodzi do wniosku, że kobieta kłamała. Nie rozumie tylko dlaczego. Do czasu. Pewnego dnia chłopiec jedzie z mamą samochodem do tajemniczego domu. Kobieta obiecuje, że wejdzie tylko na chwilę i prosi syna, aby poczekał w aucie. Mijają minuty i chłopcu zaczyna się nudzić. Lepi więc, z pierwszego w tym roku śniegu, bałwana na podwórku nieznanego gospodarza. Gdy dochodzi do głowy odruchowo zerka w okno, gdzie mężczyzna bez sutków uprawia seks z jego matką. Chłopiec domyśla się wszystkiego. Nie chce jednak, żeby jego oficjalny tata cierpiał. W drodze powrotnej szepcze matce na ucho, że wszyscy umrą. Te słowa stają się początkiem strasznej tragedii.

Harry Hole, komisarz śledczy z Oslo, specjalista od seryjnych morderców, ma zająć się sprawą zaginionej kobiety. Birte Becker zapadła się po ziemię. Mąż wyjechał w delegację, a ona została w domu z małym synkiem. Jednak, gdy chłopiec się obudził mamy nigdzie nie było, a na podwórku stał, ulepiony przez kogoś, bałwan z szalikiem kobiety. Śledztwo kieruje Holego na kilka podobnych przypadków: w każdym z nich kobieta nagle znikała, a przed domem został ulepiony bałwan. Zawsze zniknięcie obywało się w pierwszym dniu śniegu. Te zaginięcia ciągną się od lat, jednak nigdy nie znaleziono ciał. Oprócz jednego przypadku, gdy morderca w miejscu najwyższej kuli bałwana, umieścił kobiecą głowę. Na pierwszy rzut te kobiety nic nie łączy, chyba tylko to, że mają rodziny. Tak niewielki trop, a tak dużo zmienia w toku śledztwa. Harry odkrywa, że każda z tych kobiet miała dziecko z innym mężczyzną, niż mąż, oczywiście absolutnie nikt o tym nie wiedział. A co ciekawe, badania DNA robiły u tego samego lekarza. Gdy wszyscy myślą, że rozwiązanie jest blisko i znaleźli "Bałwana", jak nazwano seryjnego mordercę, Harry wpada na nowe tropy, burząc całkowicie zebrane dowody i udowodniając, że rozwiązanie wcale nie jest takie proste.

Kolejna część serii o genialnym śledczym z Oslo. Nesbo jak zwykle drażni się z czytelnikiem podsuwając tropy, z których żaden nie jest właściwy, a zakończenie może przewidzieć chyba tylko wróżka. Świetna, wielowątkowa intryga, wyraziste postaci, wartka akcja i zakończenie wywracające do góry nogami całą fabułę - taki właśnie jest Jo Nesbo, brutalny i genialny jednocześnie. 

wtorek, 4 listopada 2014

Ostatnia tajemnica Einsteina - Francesc Miralles, Alex Rovira

Nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że Einstein był największym geniuszem ostatnich czasów. Krążą na jego temat miliony legend i anegdot, przypisuje mu się powiedzenia, które niekoniecznie padły z ust ojca teorii względności. Często też podważa się jego geniusz: że był analfabetą, że tak naprawdę nie miał pojęcia o wyższej matematyce, że jego sukcesy to tylko splot fortunnych zbiegów okoliczności, że miał więcej szczęścia niż rozumu, a autorem słynnego równania e=mc2 nie był Einstein, tylko jego pierwsza żona Mileva Marić i dlatego targany wyrzutami sumienia geniusz oddał  jej Nagrodę Nobla. Jak mówi stare przysłowie: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania - ilu badaczy, tyle różnych opinii o Albercie Einsteinie. Faktem jest jednak to, że Einstein był, i nadal jest postacią fascynującą, a takie najczęściej stają się tłem dla powieści kryminalno-szpiegowskich. 
Często o dość banalnym schemacie: bezbarwny bohater, doświadczony przez życie, niemający nic do stracenia, zostaje wbrew swojej woli uwikłany w niebezpieczną grę, której rozwiązanie może wywrócić świat do góry nogami. Cały czas oczywiście depczą mu po piętach źli ludzie, zdolni zabić bez mrugnięcia okiem, a w rozwiązaniu zagadki pomaga mu piękna i inteligentna kobieta, która w miarę rozwoju wydarzeń staje się jego kochanką. Takie banalne, a mimo to wciąga. Ale od początku...

Znudzony życiem, podrzędny dziennikarz, autor scenariuszy do pseudonaukowych audycji radiowych, otrzymuje dziwny, stylizowany na starodawny, list z formułą e=ac2. Przekonany, że to wybryk jakiegoś niedouczonego żartownisia, nie przywiązuje wagi do wiadomości. Jednak po pewnym czasie otrzymuje podobny list, który zawiera nie tylko datę i miejsce spotkania, ale także bilet w dwie strony, pozwalający na to spotkanie dotrzeć. Wrodzona dziennikarska ciekawość nie pozwala mu ignorować tajemniczej wiadomości - dlatego postanawia sprawdzić kto i czego od niego chce. Na miejscu okazuje się, że podobną wiadomość dostały aż cztery inny osoby, każda w jakiś sposób związana z Einsteinem. Nikt jednak nie zna nadawcy listów. Wiedzą natomiast jedno - Einstein przed śmiercią dokonał niewiarygodnego odkrycia, jednak z obawy, że zostanie ono wykorzystane do niewłaściwych celów (jak bomba atomowa), postawia ukryć swoje badania przed światem. Każda z zaproszonych osób, oprócz głównego bohatera, pragnie dowiedzieć się czego dotyczyły ostatnia badania geniusza. I praktycznie każda zostaje zamordowana... Dziennikarzowi nie pozostaje nic innego, jak podjąć grę i doprowadzić do rozwiązania zagadki, zwłaszcza, że tajemniczy mężczyzna proponuje mu za to sporo pieniędzy. Tak zaczyna się fascynująca i niebezpieczna przygoda, okraszona faktami z życia Einsteina. Młodość, miłość, praca, badania ojca teorii względności, a także wędrówka jego mózgu po śmierci stanowią tło dla poszukiwań ostatniej tajemnicy geniusza, która okazuje się prosta, a jednocześnie tak bardzo genialna - tylko 'a' może zmienić współczesny świat. 

Książka nagrodzona hiszpańską nagrodą Premio de Novela Ciudad de Torrevieja. Autorzy koronkowo budują intrygę, wzbogacając ją o niezwykle ciekawe i autentyczne wydarzenia z życia Einsteina. Powieść zbudowana jest z czterech części: ziemi, powietrza, wody i ognia. Każdy rozdział rozpoczyna się adekwatnym powiedzeniem ojca teorii względności, bądź jemu podobnych niezwykłych umysłów. Całość stanowi nie tylko ciekawą powieść szpiegowską, ale także doskonałą dokumentację wybranych fragmentów życia Alberta Einsteina. 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Złap mnie, jeśli potrafisz - Frank William Abagnale, Stan Redding

Zabawna książka o niezwykle inteligentnym, choć nieco zagubionym młodzieńcu, który z braku innego pomysłu na życie stał się oszustem.
Frank Abagnale już jako szesnastolatek perfekcyjnie podrabiał czeki. A co więcej, został pilotem międzynarodowej firmy i latał za darmo po całym świecie. Jak to możliwe, że nikt się nie zorientował, że pilot tak wielkiej korporacji, z kilkoma dyplomami w kieszeni, wieloletnim doświadczeniem i nadzwyczajnej wiedzy o samolotach nie potrafi latać? Ponieważ Frank był oszustem perfekcjonistą! Zanim wcielił się w postać pilota zgłębił całą wiedzę potrzebną mu do tego, aby latać. Poznał slang i mechanizm działa lotniczej korporacji, "skombinował" oryginalny strój, spreparował dyplom i wszystkie potrzebne pozwolenia. Przez wiele lat korzystał nie tylko z darmowych lotów, ale także z bezpłatnych noclegów przysługujących załodze linii lotniczej, w której "pracował" oraz korzystał z możliwości realizacji fałszywych czeków, na czym wzbogacił się o kilkaset tysięcy. Gdy podszywanie się po pilota ściągnęło na niego uwagę FBI, zmienił profesję i został... lekarzem pediatrą. Przez wiele miesięcy pracował w szpitalu, co więcej zdał egzamin pozwalający mu na uprawianie zawodu! Wystarczyło parę nocy w bibliotece, aby ten genialny nastolatek zgłębił podstawowe teorie medycyny. Gdy policja trafiła na ślad lekarza-oszusta, Frank postanowił zostać prawnikiem. I to nie byle jakim! Z dyplomem Harvardu, który udało mu się perfekcyjnie podrobić. Nawet pracował kilka miesięcy w kancelarii pewnego senatora i zdał egzamin aplikacyjny... za trzecim podejściem. Jego pracodawca nawet przez chwile nie wpadł na pomysł, aby sprawdzić przeszłość młodego prawnika. A i policja przestała mu na jakiś czas deptać po piętach, bo któż wpadłby na to, żeby międzynarodowego oszusta szukać w kancelarii adwokackiej? W końcu najciemniej jest pod latarnią. Był także doktorem socjologii uwielbianym zarówno przez studentów jak i innych wykładowców. Przez lata uprawiania fałszywych zawodów zbił fortunę oraz skradł serca tysiąca kobiet. I właśnie jedna z jego licznych miłosnych podbojów zaprowadziła do wprost do więzienia. Frank Abagnale przez 6 miesięcy siedział nagi w pozbawionej okien i toalety maluteńkiej celi francuskiego więzienia. W nieludzkich warunkach, zadbany i przystojny mężczyzna zmienił się w zarośniętego, zawszonego wyrzutka, z zaropiałym i pokrytym odchodami ciałem (opisy w książce były naprawdę brutalne i obrzydliwe...). Ścigany listem gończym miał odsiadywać wyroki w więzieniach praktycznie na całym świecie! Ten zimnokrwisty oszust bał się jednak, że drugiego pobytu w celi może już nie przeżyć. Dlatego... uciekł wykorzystując swoje, nabyte na przekrętach, umiejętności.
Świetny humor i niezwykle inteligentne przekręty dają połączenie przyjemnej lektury, która pokazuje, że najważniejszy w życiu jest... spryt :)

wtorek, 28 października 2014

Piąta ewangelia - Philipp Vandenberg

Philipp Vandenberg to urodzony we Wrocławiu autor książek popularnonaukowych i powieści z wątkiem biblijnym. Mieszka w średniowiecznym zamku - jak twierdzi sam pisarz - regularnie nawiedzanym przez duchy. Jest także właścicielem jednego z największych zbiorów książek z drukarni Gutenberga. Już sama postać tajemniczego pisarza jest ciekawa, może nawet ciekawsza niż jego książki... Parę lat temu sięgnęłam po Spisek sykstyński, który, nawiasem mówiąc, do dziś stoi na półce obok innych "religijnych" powieści (Biblia Judasza, Tajemnice Watykanu itd.) i wspominam go lepiej niż Piątą Ewangelię. Dlaczego?

Anna von Seydliz dowiaduje się, że jej mąż zginął w wypadku samochodowym. Ale.. jakby tego było mało, jechał razem z nieznaną nikomu kobietą (Anna podejrzewa, że kochanką) i przewoził starodawny pergamin, o który walczą katolicy, żydzi i orficy. Sporo tragicznych informacji jak na jedną wiadomość - ale ta książka to prawdziwy natłok wydarzeń symulujących tempo akcji. Kobieta postanawia więc dowiedzieć się wszystkiego o okolicznościach wypadku, odnaleźć kobietę, która jechała razem z jej mężem, a której udało się przeżyć i przetłumaczyć pergamin, za który nawiasem mówiąc, obcy bezimienny mężczyzna ofiarowuje jej milion dolarów. I niespodziewanie wszyscy, którzy chcą jej pomóc giną w tajemniczych okolicznościach. Banalne. No może trochę przesadziłam. Momentami naprawdę czytałam w skupieniu, ale płytkie, kiczowate dialogi i prymitywny język kontrastujący z górnolotnymi porównaniami bardzo szkodził intrydze. Autor próbował stylizować opowieść na prawdziwą, wielokrotnie podkreślał, że mężczyzna, który zdradził mu tajemnicę swojego życia będzie miał mu za złe, gdy dowie się o książce - ale to tylko dodawało komizmu całej sytuacji. Fakt, pomysł był ciekawy: znalezienie piątej ewangelii, napisanej przez Barabasza, która istnieje w zupełnym oderwaniu od czterech pozostałych, a która jest naprawdę pierwszą, gdyż jej autor znał osobiście Jezusa Chrystusa. Motyw dzieci Chrystusa, który pojawia się w literaturze niezwykle często i wątek zbliżającej się zagłady Kościoła, na który wielu po cichu liczy, mogłyby być naprawdę porywające. Sekrety watykańskie i machlojki najwyższych dostojników Kościoła to poczytne tematy. A tu jeszcze Leonardo da Vinci jako strażnik tajemnej wiedzy, której ujawnienie może doprowadzić do końca świata! Za dużo tego wszystkiego! Może autorowi nie tyle zaszkodził nadmiar, co nieumiejętne rozegranie fabuły - banalny początek, interesujące rozwinięcie i niedbałe zakończenie, jakby znudziło mu się pisanie i chciał jak najszybciej skończyć. I jeszcze ten wątek miłosny... Jak z podrzędnego harlequina. A szkoda, bo książka zapowiadała się naprawdę genialnie. 

niedziela, 12 października 2014

Zygmunt Miłoszewski - Gniew

Nie jest żadną tajemnicą, że w moim mniemaniu Miłoszewski jest najlepszym polskim pisarzem. Świadczy o tym nie tylko ogromna, wręcz rekordowa liczba sprzedanych egzemplarzy. Nawet nie wielość przekładów na języki obce (9!), czy zagraniczne nagrody. Ale liczba oddanych, wiernych czytelników, którzy odliczają dni do premiery najnowszej książki. Sama, gdy tylko pojawiła się wiadomość, że książka już jest, pobiegłam do księgarni. Jednocześnie z ciekawością i niechęcią zabrałam się do czytania. Dlaczego z niechęcią? Bo Gniew jest ostatnią częścią kryminalnej trylogii o "przygodach" prokuratora Teodora Szackiego. Trochę zrzędliwego, marudnego, ale niezwykle inteligentnego i przenikliwego mężczyzny, który podejmuje się spraw trudnych, skomplikowanych i tak bardzo polskich. Ciężko pożegnać się z takim bohaterem. Zwłaszcza, że we współczesnej literaturze takich wyrazistych i głębokich postaci jest niewiele. 

Teodor Szacki po zawiejach życiowych (Uwikłanie, Ziarno prawdy) osiedla się w końcu w Olsztynie. Stopniowo porządkuje swoje życie osobiste: mieszka z trochę szaloną, w dobrym tego słowa znaczeniu, kobietą o imieniu Żenia oraz wbrew płaczom i błaganiom nastolatki, ze swoją 16-letnią córką Helą. Pracuje oczywiście w prokuraturze zajmując się drobnymi przestępstwami, popełnianymi na prowincjach. I z całej siły, ku oburzeniu lokalnych patriotów, nienawidzi miasta 11 jezior. Gdzie jest szaro, ponuro, nawet śnieg przypomina lejące się z nieba błoto, a układ ulic w mieści projektował jakiś pijak nie mający pojęcia o ruchu drogowym i jego usprawnieniu. Jednym słowem spokój, rutyna i potrzebna, od czasu do czasu, irytacja.

Aż pewnego dnia prokurator Szacki zostaje telefonicznie wezwany do odfajkowania Niemca, jak nazywają tutejsi przedwojenne szczątki. Po przeprowadzeniu rutynowych czynności odsyła szkielet do uczelni medycznej, tam w końcu przyda się najbardziej. Ale jeden telefon sprawia, że Szacki staje przed najtrudniejszą sprawą w całym swoim życiu i po raz pierwszy znajduje się po drugiej stronie sprawiedliwości. Okazuje się, że znalezione kości nie są wcale przedwojenne. Ani nawet kilkuletnie. Są to szczątki zaginionego przed tygodniem mężczyzny! Jakim cudem w ciągu kilku dni z dobrze zbudowanego, silnego mężczyzny została sterta kości? W tym celu Szacki bierze udział w eksperymencie przeprowadzanym przez doktora Frankensteina (to nie żart!) i jego asystentkę. Naukowcy odkrywają, że mężczyzna został... rozpuszczony żywcem w kwasie podobnym do tego, który służy do udrażniania rur. Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby bestialsko zamordować ofiarę. Tylko dlaczego? Ta przerażająca zbrodnia jest dopiero wstępem, do mających rozegrać się w Olsztynie zagadek kryminalnych. Powoli zostają okaleczone osoby w jakiś sposób zamieszane w przemoc domową. Mężczyzna, który dręczył żonę psychicznie, sąsiad, który nie pomógł, chociaż słyszał krzyki i prokurator zmęczony życiem, który zlekceważył sygnał wysyłany przez prześladowaną kobietę. Tym prokuratorem jest Teodor Szacki. Nie dość, że walczy o rozwiązanie przerażającej zbrodni to jeszcze musi zachować zimną krew i ochronić najbliższą mu osobę przed szaleńcem, owładniętym ideą samosądów i manią sprawiedliwości. Po praz pierwszy w życiu Szacki posunie się do ostateczności i zrozumie co czują przesłuchiwani przez niego oskarżeni. 

Genialna powieść Zygmunt Miłoszewskiego, laureata wielu nagród, w tym Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną i sensacyjną. Wciągająca intryga, niesamowita akcja i rewelacyjne, inteligentne niekiedy ironiczne, poczucie humoru. Książki Miłoszewskiego mają w sobie pewien urok. Nie da się ich czytać jednym tempem. Potrafią przestraszyć, rozśmieszyć, wzruszyć. Autor ze zwyczajnej, codziennej sceny potrafi zrobić prawdziwy stand-up, którego nie powstydziliby się zawodowi komicy. Co rzuca się w oczy, to niezwykła precyzja w dobieraniu szczegółów i ogromna erudycja autora. Miłoszewski zachwyca każdym rozdziałem. Jego, znana już z poprzednich części, technika rozpoczynania akcji od przytoczenia wycinków z gazet, dotyczących świata, kraju, regionu, przeplatana sarkastycznymi komentarzami, zakończona uwagą o aktualnej pogodzie, jest niezwykle ciekawym, dopełniającym akcję, zabiegiem literackim. Głęboko zakorzeniona intryga i wyraziste postaci, dopełniają obraz kryminalnej szarady. Z każdą częścią widzimy zmianę Teodora Szackiego. Z ambitnego, młodego prokuratora (Uwikłanie), po przechodzącego kryzys, zaliczającego przygody miłosne,  rozwodnika (Ziarno prawdy), aż po statecznego mężczyznę próbującego ułożyć życie na nowo (Gniew). 

Pożegnanie z Szackim jest zapewne trudne dla każdego czytelnika, śledzącego od początku jego prokuratorskie sprawy. Fakt, że ostatnia część ma zakończenie otwarte pozostawia nadzieję, że być może kiedyś autor zmieni zdanie i powróci do ulubionego przez Polaków prokuratora. Miejmy taką nadzieję! 

niedziela, 5 października 2014

Psycholożka, socjolożka, filolożka, czyli żeńskie nazwy zawodów i stanowisk

wiadomosci.wp.pl

- Jak się do pani zwracać? Pani minister? - zapytał swojego gościa Tomasz Lis. - Pani ministro preferuję, jeśli mogę - poprosiła minister sportu Joanna Mucha, tym samym zaogniając spór dotyczący żeńskich nazw zawodów. 


W ostatnim czasie kobiety zaczęły domagać się utworzenia obok męskich form zawodów czy stanowisk, ich żeńskich odpowiedników. I tak postulowano, aby obok psychologa była również psycholożka, dalej: premier-premiera, minister-ministra, architekt-architektka

Oczywiście tworzenie żeńskich nazw zawodów nie jest żadnym novum. Mamy przecież nauczyciela-nauczycielkę, aktora-aktorkę, malarza-malarkę, tancerza-tancerkę, pisarza-pisarkę, które funkcjonują w naszym języku oficjalnie już od dawna. Trzeba jednak pamiętać, że przez dodanie przyrostka -ka tworzono nazwy zawodów tradycyjnie wykonywanych przez kobiety, bądź uchodzących za "gorsze", o niskiej randze społecznej, np. sprzątaczka, kelnerka, fryzjerka, ekspedientka, kucharka. 

Formy z końcówką -a (proponowane przez feministki premiera, ministra) tworzymy, gdy mamy do czynienia z nazwami zawodów o charakterze przymiotnikowym (przewodniczący-przewodnicząca). Nie sprawdzają się one jednak w przypadku premiera, ministra, profesora. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że odrzucono przyrostek -ka i formy ministerka, premierka, profesorka, gdyż uważano je za lekceważące i obraźliwe. Próbowano wówczas stworzyć formy zakończone na -a, jednak zapomniano, że są one sprzeczne z intencją tworzenia. Forma premiera, jest tożsama brzmieniowo z nazwą już istniejącą (premiera teatralna); profesora może być uznana za nazwę zgrubiałą, a ministra odczytana jako dzierżawcza (pani ministra, pani czyja? ministra). Nie można również zastosować innych końcówek np. -owa, -ina, gdyż z nich tworzono nazwy żeńskie odmężowskie: prezydentowa-żona prezydenta, sędzina-żona sędziego. Jak więc rozwiązać problem żeńskich nazw stanowisk i zawodów? Językoznawcy od dawna posługiwali się zaimkami wskazującymi: ta inżynier, ten inżynier, ta minister, ten minister; minister podpisał/minister podpisała, rozmawiałam z ministrem (mężczyzną)/rozmawiałam z minister (kobietą), które chyba są jak na razie najlepszym rozwiązaniem. 

A co z psycholożkami, filolożkami, socjolożkami? Chociaż formy te funkcjonują w słownikach, stosowane są raczej ironicznie, prześmiewczo, lekceważąco. Musimy uważać z ich stosowaniem, gdyż jakaś pani psycholożka czy filolożka może się obrazić :) 

Dlaczego "poślica", a nie "posłanka" jak chcą feministki? Wyjaśnia prof. Bralczyk.
http://wyborcza.pl/12,82983,13215703,Rozmowy_Agnieszki_Kublik__Prof__Jerzy_Bralczyk__Adiunktka_.html




PS. Okiem filolożki - nazwa wymyślona ironicznie, gdyż na tytuł pani filolog trzeba sobie zasłużyć, a filolożka jest raczej filologiem z przymrużeniem oka :)

czwartek, 2 października 2014

Kończ waść, wstydu oszczędź! - znaczenie


Kończ waść, wstydu oszczędź! - słynny cytat wypowiedziany przez Andrzeja Kmicica (głównego bohatera "Potopu" Henryka Sienkiewicza) do pułkownika Wołodyjowskiego, w trakcie pojedynku mężczyzn. Z literatury przeszedł do języka potocznego, jako frazeologizm. Jest jednak błędnie używany. 
Kmicic zmęczony pojedynkiem z mistrzem, za jakiego uznał Wołodyjowskiego, zauważył, że przeciwnik po prostu się z nim bawił. Dlatego wypowiedział słynne zdanie: Kończ waść, wstydu oszczędź!, aby Wołodyjowski zakończył wreszcie zabawę i oszczędził wstydu (wypowiadającemu te słowa) Kmicicowi. 
Użytkownicy języka często nie zdając sobie z tego sprawy, używają zdania Kończ waść, wstydu oszczędź! w odniesieniu do przeciwnika, żeby podkreślić jego nieudolność, co jest oczywiści błędne!

Millenium: Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

Kolejna, ostatnia już część kultowej trylogii "Millenium", która rozpoczyna się od przywiezienia Lisbeth Salander i jej ojca, rosyjskiego szpiega Zalachenki - do szpitala. Jest to bezpośrednia kontynuacja historii zapoczątkowanej w Dziewczynie, która igrała z ogniem. Praktycznie większość akcji skupia się tutaj wokół działań Mikaela Blomkvista, przyjaciela Lisbeth, dziennikarza znanego miesięcznika o nazwie "Millenium". Blomkvist odkrywając całą prawdę o przeszłości dziewczyny - powody dla których jako dziecko trafiła do szpitala psychiatrycznego, w którym była głodzona, faszerowana psychotropami i przywiązywana pasami do łóżka, w pozbawionym bodźców pomieszczeniu, następnie ubezwłasnowolniona i oskarżona o potrójne morderstwo - postanawia za wszelką cenę pomóc w uratowaniu Salander, przed niesprawiedliwą karą, gdyż nie wierzy w stawiane jej zarzuty. Dziennikarz odkrywa tzw. Klub Zalachenki, czyli Sekcję Sapo, która nielegalnie współpracowała z rosyjskim szpiegiem i pomagała mu w ukrywaniu zbrodni. Mając do pomocy jedynie garstkę osób przyjaznych Lisbeth rozpoczyna serię manipulacji mających na celu zdobycie dowodów na jej niewinność. W tym czasie Salander przebywa w szpitalu, gdzie próbuje wrócić do zdrowia po skomplikowanej operacji wyjęcia pocisku z mózgu. Akurat właśnie teraz przydałyby się Mikaelowi jej zdolności hakerskie. Rozpoczyna się wyścig z czasem i proces słowa przeciw słowu. Pracownicy Sekcji chwytają się wszelkich sposobów, aby uciszyć Salander i dziennikarza, a tym samym zamieść całą sprawę pod dywan. Idąc po trupach do celu, stopniowo pozbywają się dowodów na własne działania przestępcze. 
Jednocześnie prowadzony jest wątek Eriki Berger, byłej naczelnej "Millenium", która po odejściu do innej gazety jest prześladowana: otrzymuje e-maile z pogróżkami, ktoś włamuje się do jej domu wykradając poufne zdjęcia i nagrania, oraz raniąc Erikę. Paradoksalnie, jedyną osobą, która angażuje się w pomoc byłej "rywalce" jest Lisbeth Salander. 
Trzymająca w napięciu, ostatnia część kryminalnej trylogii, w której dochodzi do wyjaśnienia wszystkich tajemnic i zagadek. Koronkowo pleciona akcja, w której nie ma miejsca na zwolnienie tempa, czy skrótowość. Niezwykle intrygujące wątki, które budzą w czytelniku wachlarz emocji: począwszy od złości, żalu, poczucia krzywdy, po nadzieję i potrzebę sprawiedliwości. Rzadko, w powieści kryminalnej, zdarza się, aby autor umieścił w niej przebieg procesu sądowego. Larsson nie tylko umiejętnie wplata rozprawę w samo sedno akcji, ale także stosuje niezwykle sprytne posunięcia prawnicze, które w jednej chwili odwracają kartę. Bez wątpienie autor podarował czytelnikom jedną z najlepszych w historii opowieści kryminalnych. Już pierwszy rozdział thrillera uzależnia, a samo rozwiązanie fabuły przypomina efekt domina: poruszenie jednej nieistotnej sprawy, powoduje prawdziwą lawinę. Jedyna rzecz, która może budzić sprzeciw, to taka, że mistrz szwedzkiego thrillera nie zabierze nas już więcej w niebezpiecznie genialną podróż. 

poniedziałek, 22 września 2014

Marek Krajewski - Władca liczb

"Ujrzyj sens i potężne działanie liczb
nie tylko w świecie bogów i demonów,
ale także we wszystkich ludzkich czynach i słowach..."


Wrocław 1956 rok. Z Odry wyłowiono troje samobójców. Zadziwiający jest fakt, że każda z utopionych osób najpierw zażyła arszenik, a dopiero później rzuciła się w wir rzeki. Jakby obawiali się, że ktoś w ostatniej chwili ich uratuje, dlatego popełnili samobójstwo dubeltowe. Mimo podobieństw, policja nie łączyła ze sobą tych trzech spraw, w końcu ofiary różniło dosłownie wszystko: pozycja społeczna, płeć, wykształcenie, poglądy. Wspólny był jedynie fakt, że żadna z wyłowionych z Odry osób nie miała powodu, by popełnić samobójstwo...

Do Edwarda Popielskiego (pracującego teraz w kancelarii adwokackiej, jako prywatny detektyw) przychodzi hrabia Władysław Zaranek-Plater z nietypowym zleceniem. Jego brat Eugeniusz, matematyk, od lat zafascynowany jest przemiennościami (liczba parzysta, liczba nieparzysta, liczba parzysta itd.). Ostatnie lata życia poświęcił badaniom nad liczbami Belmispara (władcy liczb). Eugeniusz wyznaczył tzw. punkty Belmispara, czyli współrzędne miejsc, które składają się z liczb parzystych i nieparzystych ułożonych naprzemiennie. Uważał, że jeśli miejsce, czas i osoby (wszystko liczone tak samo: naprzemiennie, w przypadku osób: kobieta, mężczyzna, kobieta itd,), czyli trzy czynniki wejdą w punkt Belmispara, władca liczb będzie domagał się ofiary. W ten sposób tłumaczył wszystkie trzy dubeltowe samobójstwa. Co więcej, matematyk uważał, że sam stanie się ofiarą Belmispara, wyznaczył nawet datę swojej śmierci, dlatego poprosił o zamknięcie go w okratowanym mieszkaniu, do którego tylko dwie osoby miały klucze. Hrabia Władysław Zaranek-Plater prosi Popielskiego, aby wyjaśnił, w sposób logiczny okoliczności śmierci samobójców, a w najgorszym wypadku zmusił ich rodziny do fałszywych zeznań, jakoby ich najbliżsi planowali samobójstwo dużo wcześniej. Popielski, z zamiłowania matematyk, z wykształcenia filolog klasyczny, chętnie podejmuje wyzwanie władcy liczb, zwłaszcza, że hrabia proponuje duże honorarium. 

Śledząc ostatnie chwile życia samobójców, odwiedzając ich rodziny, zagłębiając się w wyliczenia szalonego matematyka, Popielski coraz bardziej daje się uwieść opowieści o władcy liczb. Chociaż początkowo uważa tezę o istnieniu Belmispara za obłęd, z czasem przekonany jest o tym, że swoim śledztwem uwolnił zło. Z pomocą przychodzi mu Leokadia, kuzynka, z którą jest związany (wyłącznie platonicznie) od 60 lat! Kobieta zauważa, że każdy z samobójców stał przed ważnym dylematem życiowym, a co się z tym wiązało potrzebował rady. Do kogo ludzie zwracają się o pomoc, gdy chcą dokonać istotnego wyboru? Do księdza, wróżki, nauczyciela? Dodatkowo, samobójcy w ostatnim czasie robili sobie zdjęcia. Czyżby na decyzję o ich śmierci wpłynął w jakiś sposób fotograf? 

Edward Popielski wydaje się być policjantem nietypowym, jak na współczesne realia. Sprawiedliwość pojmuje wyłącznie subiektywnie. Jest zwolennikiem zasady oko za oko i często - jak to się teraz mówi - poza protokołem, sam wymierza kary. Korupcja, szantaż, groźby, tortury to dla niego podstawowe narzędzia pracy (a dla dzisiejszego przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości? przynajmniej oficjalnie nie). Jest człowiekiem wykształconym, posiadającym przedwojenne maniery, a jednocześnie zepsutym policjantem, który na sumieniu ma wiele grzeszków, drobnych lub większych. Erotomanem, który nie przepuści żadnej pięknej kobiecie. Sam nigdy nie rozwiązałby tylu spraw, gdyby nie Leokadia - nieco wścibska, ale wyrozumiała, lojalna i bardzo inteligentna kuzynka, która drobną, na pierwszy rzut oka nieistotną uwagą, burzy wszystkie mocno stojące fundamenty śledztwa. Najczęściej kierując myśli Popielskiego na właściwy trop. Stanowią wspaniały uzupełniający się - myślę, że można użyć tego słowa - duet. 

Władca liczb to kryminalna zagadka, której rozwiązanie następuje w dwóch pokoleniach. Edward Popielski zaczyna, natomiast ostateczne rozwiązanie pozostawia swojemu synowi. Książka pełna makabrycznych opisów i szaleńczych tez. Momentami ziejąca obłędem. Jedyna rzecz, do której można mieć zarzuty to wątek syna Popielskiego - zalatujący intrygą w stylu Mody na sukces